Notkostrony - forum

Oficjalne forum Aleksandry "Iny" Janusz

#1 2006-12-05 22:00:34

inatheblue

Bajarka

Skąd: Miasto Magów
Zarejestrowany: 2006-11-22
Posty: 31
Punktów :   
WWW

W tym jeziorze nie ma ryb

Nad jeziorem Lelek wędkarzy spotykało się już na przedwiośniu, chociaż tłumnie zaczynali pojawiać się dopiero wczesnym latem. Największą grupę pośród nich stanowili tak zwani brzuchacze pomostowi, dla których wędkowanie było jedynie wygodnym pretekstem dla wylegiwania się w słońcu i popijania piwa. Przyjeżdżało także sporo Niemców, którzy zaopatrywali się w teleskopówki z materiałów kosmicznych, z kołowrotkami na gwarancji oraz spławikami świecącymi w ciemnościach, a potem zarzucali przynętę pół metra od kładki i z wielką radością wyciągali ukleję za ukleją.
Sportowcy ze spinningami trafiali się rzadko; jeżeli już, to wypływali na jezioro łódką i próbowali szczęścia pod trzcinami, z dala od najbardziej uczęszczanych łowisk. Zniechęcali się szybko. W jeziorze Lelek prawie nie było szczupaków i na blachę łapały się przeważnie młode, chuderlawe okonki.

W przeciwieństwie do pozostałych amatorów wędkowania, pan Franciszek traktował swoje zajęcie nader poważnie. Widywałam go codziennie około jedenastej, jak wracał z porannych czat, ze świeżą zdobyczą trzepocącą się w starym, zardzewiałym koszyku. Zazwyczaj były to płocie, okonie lub krasnopiórki. Czasem zdarzał się leszcz albo dwa i wtedy pan Franciszek szedł wolniej niż zwykle, z powściągliwym uśmiechem na twarzy. Promieniował cichą dumą. Co lepsze sztuki fotografował dla niego pan Henryk, sąsiad z naprzeciwka.

Część ryb pan Franciszek sprawiał osobiście i smażył je sobie na obiad lub kolację. Resztę oddawał panu Henrykowi, nam albo innym znajomym letnikom. Zaprzyjaźnił się bardzo z naszymi rodzicami. Od lat był wdowcem, a jego dzieci dawno temu wyjechały do Ameryki. We mnie i w moim bracie znalazł wdzięcznych słuchaczy dla swych fantastycznych wędkarskich opowieści. Godzinami potrafił prawić farmazony o szczupakach grubszych od ramienia dorosłego mężczyzny oraz pięciokilowych leszczach, jakie dziesiątkami łowił przed laty. Jako ośmioletnia smarkula, bezkrytycznie wierzyłam w owe historie.

Nietrudno zgadnąć, że wkrótce zaraziłam się wędkarskim bakcylem. Z garażowej rupieciarni wydobyłam stary kawałek bambusa i plastikowy kołowrotek. Pan Franciszek uważał, że wędkowanie jest męskim zajęciem, ale i tak był wniebowzięty, że rośnie mu następczyni. Uczył mnie wiązać przepony i wyważać spławik, zabierał na wyprawy w poszukiwaniu cennych dżdżownic. Wkrótce dostąpiłam kolejnego wtajemniczenia. Bez wiedzy rodziców, zaczęłam brać udział w zbrodniczym procederze kłusowania na węgorze.

Była to nielegalna przyjemność, sport z dreszczykiem emocji, którego pan Franciszek nie umiał sobie odmówić. Zawsze miał ważną kartę wędkarską, przestrzegał też wymiarów i okresów ochronnych. Jednak w przypadku polowania na szlachetnego, tłustego węgorza nie liczyły się żadne zasady.
Na początek należało zdobyć specjalną przynętę - maleńkie rybki, czyli żywca. Do tego celu służyła gęsta siatka rozpięta na kwadratowym drucianym stelażu, zwana powszechnie podrywką. Technika używania podrywki była prosta, aczkolwiek dosyć męcząca dla starszego pana o stawach powykręcanych przez artretyzm. Zaszczytne zadanie połowu żywca przypadło więc mnie.

Wybierałam miejsca dobrze nasłonecznione, gdzie w przejrzystej wodzie migotały ławice rybiego drobiazgu. Pierzchały natychmiast, kiedy wchodziłam na zbutwiały, uginający się pod nogami pomost. Trzeba było szybko zanurzyć siatkę, zaczaić się nad powierzchnią wody w pozycji startującego sprintera i odczekać kilka dłużących się w nieskończoność minut, aż ławica zacznie wracać. Teraz następował moment kluczowy - mocno i zdecydowanie szarpnąć podrywkę w górę. Jeżeli byłam nie dość szybka, albo pułapka przekrzywiła się, zostawałam z pustymi rękami. Wkrótce jednak opanowałam tę sztukę do perfekcji.
Srebrzyście lśniące rybki wygarniałam potem do wiadra z wodą, gdzie mogły przebywać nawet przez kilkanaście godzin. Koszyk nie nadawał się; uciekały przez oka w siatce.

Gruntówki pana Franciszka były morderczymi narzędziami, zaopatrzonymi w haczyk-kotwicę oraz kulisty ciężarek, pod którym uginała się dłoń. Staruszek z kamienną miną nadziewał na potrójne ostrze jedną lub kilka rybek i zarzucał je daleko w głąb jeziora, na pożarcie drapieżnikom. Kiedy przebijał je haczykiem, wydawały z siebie cichy dźwięk, coś na kształt pisku.
„Dziecko, ich nie boli.”, mówił staruszek. „One zaraz usypiają.”

Uwierzyłam i przestałam dłużej o tym myśleć. Ryby służyły do jedzenia albo na przynętę. Nie współczułam im, taka była kolej rzeczy. Rosół z kury też był smaczny, a przecież wiedziałam, że najpierw trzeba uciąć kurze głowę. Dobrze znałam ten ciąg przyczynowo - skutkowy, czasami na widok żywych kurczaków robiłam się głodna. Żałowałam świnek, ponieważ świniobicie wciąż było dla mnie abstrakcją. Ale schaboszczaki wcinałam bez zmrużenia oka.

Wędki stały bezpiecznie zatknięte za olszynę przez całą dobę, również w nocy. Od czasu do czasu pan Franciszek zmieniał przynętę. Naciągnięta żyłka budziła dreszcz emocji - wzięło czy nie wzięło? Często ryby ściągały przynętę w zarośla, albo znów zamiast upragnionych węgorzy brały wszędobylskie młode okonie. Wyłowione monstrum staruszek zawoził do pobliskiego miasteczka, gdzie za drobną opłatą zostawiał je w wędzarni i odbierał jakiś czas później.

Tamtego dnia całe przedpołudnie spędziłam na łące, pod samotną, bujnie rozrośniętą sosną, karmiąc mrówki schwytanymi przeze mnie owadami. Pan Franciszek od kilku dni naprawiał taras, wymieniał spróchniałe deski na nowe, własnoręcznie przycięte, oheblowane i pomalowane pokostem. Była to ciężka praca, pochłaniająca bez reszty jego czas i uwagę. Zamiast jak zwykle spędzać większość dnia na pomoście, ograniczył się więc do zastawiania gruntówek dwa razy dziennie - wieczorem i wczesnym rankiem.

Mnie tymczasem znudziło się łapanie koników polnych i postanowiłam przynieść mrówkom dżdżownicę. Tak się składało, że pan Franciszek założył jakiś czas wcześniej hodowlę tuż przy pomoście. Wystarczyło pogrzebać trochę w spulchnionej, zawilgłej ziemi, przemieszanej z igliwiem, aby wydłubać z niej kilka różowych stworzeń.
Z przyzwyczajenia i z rozpędu wbiegłam na pomost. Dzień był bezchmurny i prawie bezwietrzny. Słoneczny blask załamywał się na delikatnie pomarszczonej tafli jeziora, raził w oczy. Usłyszałam plusk, jakby ktoś bez ustanku bił dłońmi o powierzchnię wody, ale w pierwszej chwili nie dostrzegłam źródła hałasu. Rozejrzałam się wkoło i dopiero wtedy zobaczyłam, co się stało.
Z lewej strony pomostu, tam gdzie pan Franciszek miał zwyczaj cumować swoją starą łódź, przy nisko ściętych trzcinach szamotał się mały, brunatny ptak. Zmrużyłam oczy. To był perkoz. Widywałam je często na jeziorze Lelek, fascynowały mnie swoją zdolnością znikania pod wodą i wynurzania się wiele metrów dalej. Bały się ludzi. Ten powinien już dawno uciec na mój widok, ale coś nie pozwalało mu odpłynąć.

Nagle zrozumiałam. Gruntówki.
Podbiegłam do wędek. Żyłki, te grube żyłki na węgorza, były naprężone jak struny. Nieszczęsny ptak, uwikłany w pułapkę nie przeznaczoną dla niego, tańczył na niewidocznych linkach jak marionetka. Wyglądało, jakby się dusił. Przestraszyłam się.
- Proszę pana! - wbiegałam na skarpę tak prędko, że zbrakło mi tchu. - Proszę pana, perkoz zaplątał się w żyłki!
Pan Franciszek przestał wbijać gwoździe w deski, podniósł się ciężko i otrzepał spodnie z pyłu.
- Psiakrew! - rzucił ze złością. - Wędki poniszczy! Już idę.
Zaraz byłam na dole. Pan Franciszek schodził, kuśtykając. Trwało to całą wieczność. Patrzyłam na uwięzionego perkoza. Obawiałam się, że zginie bolesną śmiercią, zanim nadejdzie pomoc. Nie przyszło mi do głowy, że prędzej przestanie się wyrywać, niż zrobi sobie taką krzywdę.

Wreszcie staruszek znalazł się przy pomoście. Przyjrzał się całej scenie, ponownie zaklął.
- Potrzymaj łódkę. - dodał.
Skwapliwie spełniłam polecenie. Pan Franciszek ostrożnie zsunął się z pomostu do starej, obłażącej z farby łodzi. Kołysała się gwałtownie, kiedy przechodził na dziób. Odepchnął ją od pomostu, aż wzburzyła wodę. Perkoz jeszcze gwałtowniej zatrzepotał skrzydłami, chaotycznie zakręcił się w miejscu. Pan Franciszek bezustannie mamrotał coś pod nosem.
- Cholerne ptaszysko! - odezwał się wreszcie. - Podaj mi no te wędki, to go ściągnę.
- Ale on się udusi!
- Wcale się nie udusi. Nic mu nie będzie, dobrze będzie. - zapewnił. - Tylko podaj wędki, mówię.
Zaufałam. Podałam obie wędki i zamarłam w oczekiwaniu.
Kiedy pan Franciszek zaczął zwijać żyłkę, ptak natychmiast przestał się szamotać. Zapewne chciał uniknąć bólu, bo jak się okazało - miał linkę oplątaną wokół skrzydeł i szyi, tak że im bardziej starał się uwolnić, tym mocniej zaciskała się pętla. Co gorsza, ściągnął jedną z kotwiczek, która utkwiła hakiem w obojczyku.

Staruszek przytrzymał go mocno jedną ręką. Drugą wyjął z kieszeni wysłużony scyzoryk o siedmiu ostrzach, otworzył nożyczki i powoli, metodycznie poprzecinał żyłki. Perkoz dygotał na całym ciele, ale nie wyrywał się. Nie wiadomo - zmartwiał ze strachu, czy zrozumiał, do czego zmierzają wysiłki pana Franciszka.
Uporawszy się z żyłkami, staruszek w pełnym skupieniu wyłuskał haczyk. Pan Franciszek miał gruzłowate, zniszczone pracą dłonie, był jednak zdumiewająco zręczny. Krótka chwila i już było po wszystkim. Wypuścił perkoza z powrotem na wodę. Tamten pokręcił się jeszcze wkoło, oszołomiony. Po czym odpłynął.

- Wędki na amen popsute, psiakrew... - rzekł pan Franciszek i odwrócił się do mnie. Wciąż siedziałam na pomoście w bezruchu, nie mogąc odtajać po tak wstrząsającym przeżyciu. Podejrzewam, że miałam taką minę, jakby to ze mnie wyjmowano haczyk.
Złagodniał, uszło z niego całe zacietrzewienie.
- Nie bój, dziecko. - powiedział. - Nie bój, nic mu nie będzie.
Zabrał gruntówki z pomostu i schował je głęboko w szopie z narzędziami. Kilka dni później byłam świadkiem, jak w drodze na pomost spotkał pana Henryka.
- Kiedy następny węgorz, panie Franciszku? - zagadnął go tamten.
Pan Franciszek obojętnie wzruszył ramionami.
- Węgorz! Et, panie Henryku, jaki tam węgorz. Mówię panu - w tym jeziorze nie ma już ryb!


www.notkostrony.prv.pl
Wiedz, że tu zmierza
Cień krukojeża.

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
foto galeria indygo 2012 jak odzyskac. zaufanie chlopaka? foto galeria indygo 2012 historia o kobiecie manekinie odlewanie plastiku